Czego nauczyły mnie kółka [część 2]…

PIN

Mijały lata a ja coraz bardziej rozumiałem rower.
Rozumienie to dłuuugie rozmowy w trakcie rozgrzewki i jeszcze dłuższe po zakończeniu treningów…
Kłamię! To nie były rozmowy!
Ja tylko słuchałem. W towarzystwie Waldka Cebuli, Darka Szarmacha, Mirka Mizery, Grzesia Zgliczyńskiego, a później Piotra Gritznera, Czarka Figurskiego czy Pawła Kowalewskiego człowiek mógł tylko milczeć…
Zrozumienie to oczywiście wolumen.
Zrozumienie to intensywność.
Zrozumienie to adrenalina koła kolegi lub zderzaka samochodu.
Zrozumienie to wiatr na zjazdach i jego podmuch gdy mija Cię tir.
Jednak nic nie daje takiego zrozumienia jak GÓRY.
Dlaczego je tak kochałem? Najbardziej za otwartą klatkę piersiową i prosty kręgosłup. Wiecie, w górach nie szukasz aerodynamicznej pozycji, nie chowasz się przed wiatrem! W górach musisz być otwarty i lekki. Góry nie wybaczają zbędnych kilogramów, nieodbytych treningów, puszczenia korby, zbyt dużego śniadania. Najbardziej z gór kochałem i kocham Zakopane! Cyrla -Wierch Poroniec – Łysa Polana -Morskie Oko (przed 6.00, aby nie płacić na szlabanie i zjechać przed turystami), Głodówka ….
A najbardziej z Zakopanego kocham historie :

1. 180km z Darkiem Szarmachem i Waldkiem Cebulą.
Wracając do Imperialu mieliśmy przed sobą ostatni podjazd- Mursasichle. Głowy spadały, prąd odcinało, gdy nagle za naszymi plecami usłyszeliśmy góralskie przekleństwa i zobaczyliśmy największego konia na Podhalu, ciągnącego w pełnym galopie wóz drabiniasty z lodówką i góralem, który przeklinając prał go batem. Nie zastanawiając się zaczęliśmy uciekać . Nistety Waldkowi wypiął się but i został. Chwila zawahania i… cofka. Waldek na przydrożnym płocie, rower w rowie, koń staje dęba. Trudno się rozmawia z góralami, ale gdy są na bani, gdy zgubili ‚copkę”, gdy myślą , że to cykliści ją ukradli i gdy wołają kumpli… wtedy trzeba być już bardzo uważnym. A gdy z okolicznych domów wybiegają ich kumple wyrywając przy tym sztachety z płotów, nie warto próbować swoich umiejętności negocjacyjnych. Kopiesz górala butem kolarskim w kostkę, wskakujesz na rower i kręcisz na maksa! Nie wiem jak udało nam się uciec?! Koń był tak blisko nas i tak straszny jak w rysunkowej wersji „Opowieści Wigilijnej”. Przekroczyliśmy wszystkie progi, ale uratowało nas większe nachylenie drogi. Koń nie wytrzymał, zwłaszcza , że na wóz wskoczyło jeszcze kilku górali. W takich sytuacjach robiło się „szybkie przebieranie” , wskok na rower i jazdę „w trupa”.

2…Dlaczego Grzegorz Zgliczyński był/jest najlepszy z nas ?
O Nim mógłbym godzinami… Ale trzy historie zapamiętałem najbardziej. Kiedyś przygotowując się do Ironmana czekaliśmy na idealną pogodę aby zrobić ostatni „dystans” (zaplanowane 180km po górach). W pierwszy dzień ogarnęliśmy dwa treningi biegowe w deszczu, w kolejny dodatkową jednostkę w wodzie i bieg , kolejne 30 km po górach, ale… ciągle lało. Wreszcie nie można było dłużej odkładać i w ten ostatni dzień, kiedy nie było wyjścia, do deszczu doszła niska temperatura. Już samo wsiadanie na rower było problemem. Cyrla – dramat, Wierch Poroniec – miałem łzy w oczach, ale jechaliśmy pod górę i jakoś udawało się rozgrzać! Temperatura spadała! Po Głodówce zjechaliśmy do Murzasichle i… wszyscy zdecydowali się wracać podjazdem, bo na zjeździe było tak dramatycznie zimno, że dłonie przymarzały do kierownicy i klamek hamulcowych. Jedynym, który się nie odzywał był „Wafel” [Grzegorz]. Gdy się zatrzymaliśmy założył tylko harcerską pałatkę i przejechał całość. Wtedy zrozumiałem co oznacza; ZROBIĆ TO CO NALEŻY ZROBIĆ, W TYM CZASIE, W KTÓRYM TO NALEŻY ZROBIĆ, NIEZALEŻNIE OD OKOLICZNOŚCI.
Grześ był również bardzo wrażliwy. Potrafił zatrzymać się w najpiękniejszym punkcie podjazdu aby… się wysikać. Wtedy padało nieśmiertelne: „..ależ tu k… pięknie’.
Jemu również zawdzięczam trening przed najlepszym startem (Juemme 1995). Pojechaliśmy 180 km po górach, 14 dni przed startem głównym i 7 dni przed Lubaszem. Karol Majewski (chyba jeszcze bardziej barwna postać niż Grześ) przeliczył wszystko dokładnie! Jechał krótszą pętlę i mieliśmy spotkać się na ostatnim podjeździe pod Imperial. To i tak dawało bardzo wysoką średnią prędkość. My najechaliśmy go u podnóża Zęba od Czerwiennego. Pan Karol potrafił przeklinać (ale wtedy przerósł samego siebie!) Próbował dyskutować z Waflem, a ten, jechał ze słuchawkami. Ja za nim, na „ gumce od kaleson”. Dojechaliśmy na obiad i brudni usiedliśmy do stołu. Obok nas siedzieli pięknie ubrani w reprezentacyjne dresy polscy siatkarze pod opieką trenera Mazura. Miałem wrażenie, że wszyscy podnoszą łyżki do ust jednocześnie i równo z trenerem! Klasa!!! I w tym momencie wszedł Pan Karol. Nasza króciutka rozmowa chyba na długo utkwiła w pamięci Pań kelnerek, zawodników i trenerów.
Karol:
„Co Wy k**** odpier****************” <Było długo i mocno!>
„Wafel krzyczałem do Ciebie!!!”
Wafel:
„Karol k**** nie dźwigaj czoła! Miałem k**** słuchawki!”
Karol :
„A Ty k**** młody dlaczego się nie zatrzymałeś?!”
Ja:
„Bo Pan Panie Karolu krzyczał tylko do Wafla…”
Po tej treściwej wymianie zdań, siatkarze włożyli łyżki do ust a my zaczęliśmy jeść i usiedliśmy na ciastku. Karol wyjaśnił, że obawia się firmować nasze przygotowania swoim nazwiskiem, ale… wygrałem Lubasz i zmienił zdanie. TAK NAUCZYLIŚMY SIĘ ROZMAWIAĆ O FAKTACH, WSPÓLNIE. Aż boję się co by się stało gdybyśmy mieli obok psychologa.

3… W górach uwielbiam ciszę i samotność na podjeździe. Dzięki nim, nauczyłem się pracy z tętnem długo przed epoką sport-testerów. Na podjeździe czujesz uderzenia serca na skórze! Kiedy jedziesz za mocno aż bolą, kiedy właściwie, subtelnie pomagają Ci utrzymać rytm. I uwielbiałem pot! Każdy jego wymiar! Zapach, szczególnie gdy łączył się z zapachem ciepłego deszczu i lasu na końcówce podjazdu. Linie, którą płynął od czoła przez poliki i wreszcie moment, gdy kroplą zatrzymywał się na rzęsach kiedy zatrzymywałem się na szczycie! Nie ma takich okularów, przez które góry wyglądają lepiej niż przez te z kropli potu. Góry uwielbiałem również za pewien rodzaj prawdy ostatecznej, której szukałem od zawsze we wszystkim co robiłem. Jak mówił trener Marchewka… Z GÓRKI I  Z WITREM BYLE G**** POLECI. POD GÓRĘ WJEŻDŻA JAKOŚĆ.
Gdy już mi się wydawało, że o kolarstwie wiem wszystko, dopadła mnie kontuzja, a powrót wiódł przez legendarne Rondo Babka. Taki ELIMINATOR, szczególnie gdy jesteś poznaniakiem po 2 miesiącach bez ruchu. Dojeżdżałem z pierwszymi i rzygałem, ale to była jedyna szansa na powrót do triatlonu (14 dni do Mistrzostw Polski w Suszu) i na kontrakt (to na osobną historię).

Aż wreszcie, po górach, TOR POZNAŃ.

Tu zdecydowanie mogę pokusić się o podział na etapy…

1… DZICZ I SZALEŃSTWO. Pierwsze kroki były szalone! Tylko z przodu, kasowałem wszystko do wyjechania. Chciałbym napisać, że to była odwaga, ale bardziej prawdziwa będzie arogancja! Ale tak było tylko jeden raz. Po wyścigu pogadałem sobie z sobą samym, jak Wafel z Karolem.

2… UWAŻNOŚĆ. Zacząłem zwyczajnie obserwować zachowania poszczególnych zawodników i grupy. Skok z odległego miejsca w peletonie to dużo pracy i mizerny efekt bo za długo nad progiem, ale… cała grupa Cię widziała. Wydaje Ci się, że to ważne, ale dla mocnych kolarzy jesteś tylko dupkiem z rozwalonym ego, który poddaje się emocjom. Skok z pierwszej pozycji… jak wyżej. Przy skoku z „0” prędkości masz chwilę gdy czujesz się bogiem, bo inni zareagowali za wolno albo nie potraktowali Cię poważnie.
Zakręty mają w sobie poezję. Idealne płyną bez kosztów i napięć, ale jednocześnie napędzają. Zanim jednak zrobisz jeden taki, musisz przeżyć kilka, gdy wywiozą Cię na zewnątrz. Kilka, gdy docisną Cię do wewnętrznej krawędzi. Kilka, gdy ktoś przed Tobą zahamuje…

3… MOC. Gdy zaczynasz rozumieć grupę, wiesz gdzie się ustawić, masz idealny poziom mocy do adekwatnej reakcji.

4… SPOKÓJ. Bo wiesz, że zwykle reagujesz właściwie i zwykle jesteś w pierwszej grupie, ale raz na jakiś czas ktoś „poprawi’ bo ma więcej szczęścia lub dziś jest zwyczajnie mocniejszy.

5… AROGANCJA. Przychodzi, gdy wydaje Ci się, że wszyscy powinni wiedzieć, że jedziesz na Igrzyska (tylko jako trener, ale jednak) za 5 dni, wystartowałeś jako gwiazda, w zasadzie się nie ścigasz, odbijasz do boku, wszystko kontrolujesz i… ktoś łapie gumę a pozostali przejeżdżają Ci po karku.

6… REFLEKSJA. To chyba coś niezwykłego u mnie, bo dopiero gdy byłeś mocny a jesteś słaby i wracasz do środka peletonu zaczynasz rozumieć wszystkich w grupie. Przyznam, że ten obraz ze środka i z tyłu nauczył mnie najwięcej. W środku jest miło! Nie wieje, czasami nawet zacieśniasz kontakty towarzyskie. Jak mówią psycholodzy „budujesz relacje”, tylko… gdy widzisz skok i chcesz zareagować zwyczajnie nie możesz! Za bardzo uwiązałeś się w sieci kontaktów. Musisz dostosować się do innych i czekać aż ktoś zareaguje i na dużych prędkościach albo na rantach (boczny wiatr) peleton się przeżedzi i znajdziesz miejsce. Jednak ze zdziwieniem  stwierdzasz, że …osłabłeś. Polubiłeś spokój i wygodę, przekonałeś sam siebie, że zawsze kiedy chcesz możesz się stamtąd wydostać a nawet wierzysz, że oszczędzasz energię na finisz. Zjeżdźasz jeszcze dalej bo tu nikt Cię nie ogranicza i… okazuje się, że z boku owszem, nie, ale przed tobą ktoś gubi koło i musisz „spawać”. Po chwili kolejny i następny, aż wreszcie męczysz się bardziej niż z przodu, a powrót nie zawsze jest możliwy.

Do brzegu! Każdy z nas, jeżeli kocha rower to za coś innego.
Jedni uwielbiają ostatnie 300 m sprintu, inni ciężką pracę na dystansie, kolejni góry, pozostali wycieczki i kawę w trakcie treningów.

Na pewnym etapie zaczynamy bardziej poświęcać się temu co nam wychodzi, w czym czujemy się lepiej. Nie wiemy czy to predyspozycje, czy zwyczajnie poświęciliśmy temu więcej czasu i treningu. Ja nienawidziłem sprintu i… kawy, podobnie jak długich nudnych treningów. Największy progres zrobiłem jednak po decyzji o ściganiu się z kolarzami (również na kreskę [finisz]) oraz po roku długich dystansowych treningów, w których niezbędnym elementem była… właśnie kawa!
Uwielbiamy specjalizację, bo daje szybkie efekty i czyni z nas ekspertów. To jest to jakaś droga. Jednak prowadzi ona do zmiany wspólnego języka na różne slangi a to sprawia że przestajemy się porozumiewać. Ja chciałem rozumieć każdy slang! Taka droga to dziwny stan. Gdy się uczysz wydaje Ci się, że zawsze jesteś poza głównym nurtem. Przez pierwsze lata cierpisz, bo nigdy nie wygrywasz i tym samym nikt cię nie widzi. Ale przychodzi taki moment gdy zaczynasz zbliżać się do czuba we wszystkim co robisz. Rozumiesz każdy slang. Przestaje boleć niezrozumienie, przestajesz się bać, stajesz się wolny.

POTRZEBUJESZ POTWIERDZENIA SZYBKO – BĄDŹ SPECJALISTĄ!

MASZ ODWAGĘ NIE WIEDZIEĆ CZEGO POTRZEBUJESZ – CZEKA CIĘ BOLESNE PRZEKRACZANIE KOLEJNYCH GRANIC! ALE PO JAKIMŚ CZASIE ZE ZDZIWIENIEM DOSTRZEGASZ, ŻE… JESTEŚ OBYWATELEM ŚWIATA!

Może Ci się spodobać
Kolarskie wirusy.

Zostw komentarz

Informujemy, że strona korzysta z plików cookies - zapoznaj się z - polityką prywatności

© Copyright Bogumił_Głuszkowski | Wykonanie- SEMTIM.PL