Czego nauczyły mnie kółka…

PIN

Część 1

Nie bardzo potrafię odpowiedzieć, czy w dzieciństwie więcej czasu spędziłem biegnąc czy jadąc na dwóch kółkach (czterech)…?

Zaczynałem od baku WFM-ki (dla niezorientowanych – jedno
z najcudowniejszych osiągnięć powojennej, polskiej myśli technicznej
w zakresie produkcji motorów). Nie zna życia ten, kto nie leżał na baku trzymając się kierownicy! Podróżowałem tak od 2 roku życia, zabezpieczony z tyłu przez mojego Ojca Chrzestnego (szczęście, bo teraz pewnie zostałby postawiony przed sądem… kochał kobiety,
ale o wychowaniu mężczyzny decydował mężczyzna). Około 5 roku życia zacząłem jeździć za jego plecami obejmując go za brzuch, aby po 10 roku życia pierwszy raz „pokozaczyć” bez trzymanki”. To były takie czasy. Dorośli wiedzieli, że młodzi ludzie nie są ze szkła oraz, że właśnie dlatego powinni się uczyć przez doświadczanie! Wujek był doskonałym kierowcą
a gdy wyczuł moją arogancję wytłumaczył mi po swojemu, dlaczego powinienem się go trzymać. Wybrał do tego miękką, leśną drogę i kiedy jak zwykle zająłem za nim miejsce bez trzymania, odrobinę szybciej puścił sprzęgło. Motor dosłownie uciekł mi spod tyłka a ja wylądowałem
na plecach, w piachu… Później próbował tego jeszcze nie raz, ale nie dałem się zaskoczyć (czasami nawet prowokowałem i udawało mi się zachować równowagę mimo, że się nie trzymałem a On ruszał coraz dynamiczniej). ale o wychowaniu mężczyzny decydował mężczyzna). Około 5 roku życia zacząłem jeździć za jego plecami obejmując go za brzuch, aby po 10 roku życia pierwszy raz „pokozaczyć” bez trzymanki”. To były takie czasy. Dorośli wiedzieli, że młodzi ludzie nie są ze szkła oraz, że właśnie dlatego powinni się uczyć przez doświadczanie! Wujek był doskonałym kierowcą
a gdy wyczuł moją arogancję wytłumaczył mi po swojemu, dlaczego powinienem się go trzymać. Wybrał do tego miękką, leśną drogę i kiedy jak zwykle zająłem za nim miejsce bez trzymania, odrobinę szybciej puścił sprzęgło. Motor dosłownie uciekł mi spod tyłka a ja wylądowałem na plecach, w piachu… Później próbował tego jeszcze nie raz, ale nie dałem się zaskoczyć (czasami nawet prowokowałem i udawało mi się zachować równowagę mimo, że się nie trzymałem a On ruszał coraz dynamiczniej).

Od 2-3 roku życia zacząłem jeździć na swoim pierwszym rowerku („Żabka”) na czterech kółkach. Jazda „na baku” dała mi idealną pozycję aerodynamiczną. Tutaj mój Ociec wykorzystał naukę zakrętów do nauczenia mnie czegoś istotniejszego w życiu. Pamiętacie, że gdy jeździmy na podpórkach (bocznych kołach lub z kijem za siodełkiem gdy prowadzi nas dorosły… takie dawne 500 „+” lub politycy z prawej i z lewej strony) to krzywimy kręgosłup próbując kontrować pozycję lub czując, że nie musimy robić nic! Otóż mój Ojciec poinformował mnie, że zdejmie mi tylne kółka tylko pod warunkiem, że sam je złamię! Jak On mnie znał!? Nienawidziłem jakichkolwiek ograniczeń i… pomocy! Od tego momentu wchodziłem
w zakręty odrywając kółka! Potrzebowałem 3 miesięcy na złamanie lewego i kolejnego miesiąca na prawe! Zdobyłem piękne szlify i doświadczenie, które sprawiło, że w trakcie profesjonalnych wyścigów nie przewracałem się prawie wcale. Dla spokoju Mamy na tydzień włożył kij za siodełko abyśmy mogli chodzić na wspólne spacery, ale było nudno i się denerwowałem. Kolejna męska rozmowa i kolejne „złamiesz kij możesz bez niego”. Kolejne zakręty obok doniczki aby złamać kij za plecami i pękł!
Takie czasy, że byliśmy bardzo blisko swoich ojców lub wujków a Oni dzięki temu mogli udzielać nam prawdziwych lekcji.

O prosty kręgosłup i prawdziwą wolność trzeba powalczyć łamiąc przy tym wszelkie wygodne podpórki, ręce, nogi, zdobywając szlachetne szlify a co idzie za nimi oswajając się z bólem.

Krzywy, miękki kręgosłup jest łatwizną. Możesz cały czas tylko na lewym albo tylko na prawym kole, zawsze oparty o coś lub wspierany przez kogoś. Uczysz się konformizmu, nie łamiesz nóg, nie leje się krew, mama nie szyje twoich zniszczonych ubrań. Jesteś… grzeczny!

Co jeszcze utkwiło mocno utkwiło mi w pamięci z tamtych czasów?

1… Przejazdy przez kałużę lub błoto lub zwykłą dziurę. Boczne koła stoją wyżej a ty kręcąc pedałami wprawiasz w ruch tylne koło, które w najlepszej wersji kręci się w powietrzu a w najgorszej chlapie ciebie i kumpli błotem. Co dziwne z dużą „prawdziwą dziurą” jakoś sobie radzisz, ale małe… nakręcają na maksa bo nie czujesz gruntu/oporu i zostajesz tak w miejscu kręcąc coraz szybciej. A boczne kółeczka przyglądają się tylko jak tracisz energię .

2…Przejazdy obok wysokich krawężników. Gdy źle obliczyłeś tor jazdy, zawsze haczyłeś bocznym kółeczkiem i im szybciej jechałeś tym bardziej tobą majtało a wręcz obracało.

Tak mijały lata aż dorosłem na tyle, że moja „żabka” okazała się za mała. Przekonałem się o tym po… no właśnie nie wiem jak to nazwać… kradzieży?Moja Babcia zawsze mi tłumaczyła, że jeżeli owoce rosną za płotem sąsiada to należą do wszystkich – nawet jeżeli drzewo rośnie na jego ogrodzie!?
No i to jabłko było ewidentnie poza ogrodzeniem! Ręka bezwiednie sięgnęła po nie i już nie było odwrotu. Zacząłem z kolegami uciekać gdy sąsiad wyszedł z domu. Wskoczyliśmy na rowery na utwardzoną drogę
i kręciliśmy ile się da. Ja jeszcze oglądałem się za siebie i gdy arogancko uznałem, że nie biegnie za nami odwróciłem się do kierunku jazdy.
Było już za późno!
Kierowca Syreny 103, nie wiedzieć dlaczego, musiał zaparkować dokładnie na mojej drodze (w 1979 roku to wcale nie było tak oczywiste). Otworzył przy tym drzwi i… ja w nie wjechałem! Otwierały się odwrotnie niż
w dzisiejszych autach tym samym zamykając się uderzyły kierowcę w lewy pośladek, bark i nos odwracanej głowy. Sąsiad od jabłek nie odpuścił, kierowca wysiadł, a ja uświadomiłem sobie, że walczę o życie i nawet 180 obr/min nie wystarczy aby uciec im na rowerze.
Zeskoczyłem, ale nie puściłem jabłka ani roweru!
Udało się!
Poszedłem do spowiedzi przed pierwszą komunią, pierwszy raz zrobiłem rachunek sumienia, troszkę żałowałem za grzechy, wyznałem je, postanowiłem, że już nigdy nie zatrzasnę przed nikim drzwi (chyba się wywiązałem?), wreszcie w ramach zadośćuczynienia zawsze kłaniałem się sąsiadowi i w ramach pokuty ogarnąłem dziesiątkę różańca! 

W nagrodę otrzymałem półkolarzówkę „Sprint”!

Słowem możesz popełniać grzechy, bylebyś je później przemyślał i poczuł
je jeszcze raz zadośćuczynieniem i pokutą. I jeżeli nie będziesz niczego oczekiwał, to po oczyszczeniu robisz miejsce na nowe… doświadczenie 😉
Na niej jeździłem wszędzie, ale najbardziej pamiętam 20 km wyjazdy za motorem Wujka na wiśnie, czereśnie, agrest czy porzeczki…
Z nim wiąże się również wspomnienie pierwszego wyścigu wokół Kcyni!
Kto przez Nią choć raz przejeżdźał, zrozumie, dlaczego zawsze dobrze jeździłem po górach! Przetrwałem 10 okrążeń na kole u Rysia (4 lata starszego ode mnie). Finisz był z górki ale nie byłem w stanie poprawić…
Czego się nauczyłem?
Jazda na kole jest super!
Ktoś za Ciebie mierzy się z wiatrem a ty tylko musisz zachować jak najmniejszą odległość od Jego tylnego koła! Jeżeli nie będziesz mu w nie wjeżdżał i nie miniesz go na kresce, to jest szansa, że pozwoli Ci pojechać na kole jeszcze jeden raz. Jeżeli chcesz wygrywać i nie tracić przyjaciół musisz nauczyć się utrzymywać prędkość jadąc pod wiatr. Po drodze przekonasz się jak wielu jeździ na Twoim kole i poprawia na kresce. Twoją decyzją jest czy chcesz Ich wozić, czy czas się oderwać? Czy to są Twoi przyjaciele?Kcynia była moim pierwszym domem i na zawsze pozostała domem wakacyjnym. Na czas szkoły przenosiłem się do Bydgoszczy, do moich rodziców, do uwielbianego świata ciszy (oboje głuchoniemi) i do pociągającego ale dziwnego świata szatni piłkarskiej na Polonii Bydgoskiej
i szatni piłkarzy ręcznych AZS (to na inną opowieść, dość, że ręczna była
w moim krwiobiegu tak bardzo, że pewnie gdybym miał 20 cm więcej nigdy nie pomyślałbym o triathlonie).

Wróćmy jednak do roweru…

Kolejnym był „Wagant”. Na nim skakałem za autobusami jadącymi pod ulicę Szubińską. Słowo „pod” jest też z tamtych czasów i dotyczyło podjazdu tylko pod Szubińską i… Ułańską. Ale rower był przede wszystkim środkiem transportu. Szybszego. Aż przyszedł czas podejmowania decyzji… Uwierzyłem (ostatni raz komuś), że nie nadaję się do piłki ręcznej
i zacząłem szukać nowej drogi.
Praca w cegielni, studia, akademik, gimnastyka…
Znalazłem triathlon i sponsora!
Bydgoski Elektromontaż, którego Prezesem był wówczas ojciec jednego
z chłopców, których pomagałem szkolić w piłce ręcznej. Na pierwszej rozmowie pomylił triathlon z biatlonem, ale gdy wyjaśniłem różnicę
i opisałem co robię…Wezwał Zarząd i przy prezydialnym stole kazał mi
o tym opowiedzieć. Po wszystkim zwrócił się do swojego zastępcy: „gdybyś Ty robił połowę tego co On, to bylibyśmy w innym miejscu… a teraz mu pomożemy”.
Zawsze miał dla mnie czas.
Miał też nieograniczone kontakty.
Pierwszy wycigowy rower to Bydgoski Romet Sport, ale… to były takie czasy, że nawet On nie był w stanie ogarnąć roweru bo były reglamentowane!
Spotkałem się z dyrektorem Rometu, ale niezależnie od szacunku do Elektromontażu poinformował, że muszę czekać! Nie mogłem czekać!
Za dwa tygodnie Poznań, a ja umówiłem się, że za miejsce w pierwszej 30 (na 180) dostanę koła startowe! Wychodziłem załamany, ale po drodze usłyszałem magazynierów, że Mat Jelcz Laskowice nie odebrał rowerów…
Po sekundzie byłem już na dole i odbierałem rower w imieniu wyżej wymienionego klubu (to nie była kradzież! Elekromontaż zapłacił! Jak oni się z tego wytłumaczyli? Do dzisiaj nie wiem! 😉 )
Rama 54 (wówczas nie wiedziałem, że są rozmiary)… aby dosięgnąć do pedałów odwracałem sztycę i opierałem sidełko na ramie! Jak mnie na takim rowerze i w za dużej koszulce zobaczył TRENER Marchewka to…
byli twardzi i nie śmiali się, tylko za wszelką cenę próbowali zgubić.
Gdy wróciłem z nimi powiedział, że mogę z nimi trenować, tylko mam poprawić pozycję bo wyglądam „jakbym deptał kapustę i rani Go to bardziej, niż goście z kolorowymi frędzlami na szprychach”.
Gdy myślę co stało się ze mną po tym treningu w akademiku, to błogosławię czas bez telefonów komórkowych (stałbym się gwiazdą internetu). Gdy tylko usiadłem na tapczanie, udało mi się zdjąć spodnie kolarskie tylko do kolan i… zasnąłem z ptakiem na wierzchu.
Koledzy do dziś opowiadają kogo sprowadzałem do naszego pokoju! Moja idea treningowa była wówczas prosta; woda z pływakami, rower z kolarzami, bieg z biegaczami.

Wracając do kolarstwa, oprócz pierwszego najlepiej zapamiętałem cztery wyjazdy.

1…Do Jarocina.
Wracając, grupa zaczęła rozkręcać na podwójnym wachlarzu (wówczas nikt nikogo tego nie uczył… trzeba było obserwować). Wchodziłem na krótkie zmiany, ale podkręcałem (aby nie zostawać na nich za długo – instynkt samozachowawczy). I tak, z każdą następną zmianą zostawało nas mniej aż zostaliśmy we dwójkę tylko z Bernardem Bocianem. Przez krótką chwilę poczułem się Bogiem!
Ale szybko zostałem postawiony na ziemię, gdy mijały mnie kolejne, wcześniej zerwane grupki a ja nie mogłem nawet chwycić koła. Wreszcie przejechał Trener swoim busem z szyberdachem, przez który wylatywał dym z cygara. Patrzyłem z nadzieją, ale… chyba mnie nie zauważył.
Do Poznania pozostało 12 km. Wpadłem do rowu. Zasnąłem. Gdy się obudziłem po godzinie zjadłem troszkę marchwi z pola (nie było ogrodzone… kochana Babcia) i wróciłem do akademika.
Poznałem co to jest próg przemian anaerobowych, jaki jest koszt jego przekroczenia, że w polu śpi się fajnie i… że marchew z piaskiem jest ok.

2…Jazda za tym samym busem do Środy Wielkopolskiej na wałku zamiast zderzaka. Tam wszyscy nauczyliśmy się, że szerokość jest względna
tzn. na początku treningu za autem mieściło się tylko dwóch zawodników
a na końcu byliśmy już tak doskonale szczupli i dostosowani do siebie, że nawet pięciu przy prędkości 80 km/h. I nawet udawało nam się uśmiechnąć na widok twarzy kierowców w mijanych maluchach. Kompetentni i silni
są w stanie zrezygnować z fragmentu siebie, aby pojechać szybciej nawet
z większym ryzykiem ale razem. Magiczne przeżycie.

3…Pierwszy wyścig kolarski do Wągrowca. Cały czas miałem buty biegowe zamiast kolarskich czym wzbudzałem uśmiech politowania. To mi zresztą nie przeszkadzało ale… gdy ruszyliśmy i nie ogarnąłem włożyć prawej nogi w nosek to już owszem, bo zostałem za grupą i Trener Marchewka zakładał się z innymi trenerami, że jako „trzepak” i tak ich dojdę… zajęło mi to 5 km. Prawie mi serce wyskoczyło. Przebiłem się do przodu i na adrenalinie zacząłem gonić ucieczkę. 30 km na czele przy moich gabarytach! Z tyłu tylko słyszałem „super , dawaj , idziesz”! No i jechałem do Wągrowca! Gdy mieliśmy ich w zasięgu wzroku wszyscy zaczęli mnie mijać. Nie rozumiałem co się stało?! Dojechałem za grupą i… po wszystkim dowiedziałem się, że jeden ze starszych kolarzy popychał mnie trzymając palec na moim siodełku. To były takie mikro-dotknięcia, ale noga magicznie „puszczała” a ja mogłem dalej ciągnąć grupę.
W wielu firmach prowadząc szkolenia dostrzegłem podobny model. Podkręcania ambitnych i głupich poza ich granice. Nawet z czasem zauważyłem, że taki jest model doboru pracowników do firm. Byłem ambitny, ale… nie głupi. To była pierwsza i ostatnia lekcja!

4…Wypadek na Drodze Dębinskiej. Młodzi ludzie w starym mercedesie dla „fanu” pociągnęli Jerzyka za łokieć. To co nastąpiło później mnie przerosło…
Cały jego lewy bok (łydka, udo, biodro, bark) we krwi. Zapach spalanej skóry szlifowanej asfaltem. Instynktowny skok za Boćkiem i… tylko obserwowałem jak dojechał gości na światłach za mostem Rocha. But kolarski w drzwi, antena złamana i jej końcówka po całym boku. Chciałem aby wysiedli!!!

Z perspektywy czasu gdy wracam do tamtych chwil zastanawiam się…

O ile byłbym uboższy bez nich?

Czy moi rodzice nie rozmawiali z trenerami bo byli głuchoniemi, czy… dojrzali na tyle aby znosić strach o syna (zrozumiałem dopiero gdy sam zostałem ojcem) w imię jego prawidłowego rozwoju?

Czy takie same emocje będą towarzyszyć współczesnym gdy będą opisywali swoje przygody w wirtualnym świecie ?

I wreszcie, czy można być w pełni człowiekiem bez doświadczenia swojego ciała? Bez realnego bólu po błędnych lub tylko zbyt ryzykownych decyzjach?

Nie mogę też wyrzucić z głowy bocznych kółeczek!

Ostatnio jadąc w peletonie na wyścigu kolarskim zrobiło mi się ciepło, kiedy patrzyłem jak jeden z kolarzy wycina szprychy „motylkiem” swojego koła Maciejowi. Ten na szczęście chodzi na zajęcia czucia głębokiego, równowagi i… adekwatności. Nie wywrócił się sam ani nie potrącił nikogo. Oddałem Mu swoje koło i poszedłem na romantyczny spacer z moim rowerem unosząc go za przednie koło. Wśród białych kwiatków pomyślałem co by było gdyby kolarze ścigali się na bocznych kółkach?!

No właśnie…!
Niebezpiecznie mimo to, że wolniej!
Musiałbyś brać poprawkę na kółka swoje i wszystkich pozostałych!
Jazda blisko siebie, która jest kwintesencją kolarstwa, bo wówczas zaczynasz czuć siebie i ludzi obok, bo możesz z nimi rozmawiać gdy jest wolniej, bo możesz wyjaśnić, bo możesz przeprosić,  bo możesz jechać szybciej, stałaby się niemożliwa! W sytuacjach trudnych (wąski odcinek drogi) nie mógłbyś zbliżyć się do innego kolarza. Wymijając  przeszkodę też mógłbyś łatwiej komuś zajechać drogę. Słowem, gdybym chciał zwolnić/przestraszyć peleton, gdybym chciał pozbawić kolarzy najcudowniejszych chwil, kazałbym im zakładać kółeczka na coraz szerszych podpórkach. Oczywiście wszystko „w imię bezpieczeństwa”
i bardzo łatwo dogadałbym się z Ich Żonami i telewizją aby przeforsować
te zmiany. No i oczywiście dogadałbym się z producentami kółek!
Po kilku latach najważniejszym tematem rozmów kolarzy/nie kolarzy byłyby boczne kółeczka! Na rynku pojawiałyby się co rusz to nowe modele (czerwone, niebieskie, tęczowe z gwiazdami). Raz na jakiś czas dochodziłoby do dużej kraksy, ale wówczas jakiś „specjalista” tłumaczyłby, że trzeba wolniej i kolory kółeczek trzeba zmienić i… wszyscy by temu wierzyli bo już zapomnieliby o co chodziło dawniej w kolarstwie.
Aż wreszcie kolejny specjalista zbroniłby jeździć bo, .wszyscy mieliby krzywe kręgosłupy (oczywiście nie przez kółeczka tylko przez rower!).
A kolejny przekonałby nas do jazdy wirtualnej i bezpiecznej a adrenalinę
i krew zapewniłby walkami na gołe pieści, oczywiście na ekranach telewizorów.

Po pewnym czasie przestałoby nam przeszkadzać, że nie mamy kręgosłupów i mięśni tym bardziej, że każdy chwilowy przypływ świadomości-bólu neutralizowalibyśmy kolejnym magicznym lekarstwem chemicznym.

Mój Ojciec był geniuszem, nie tylko bo kazał mi łamać kółeczka. Czy On wiedział, czy tylko czuł, że w sporcie nie chodzi o wynik, o krew, o adrenalinę tylko o… PROSTY KRĘGOSŁUP?!

Może Ci się spodobać
PAPIERÓWKI
KOSZMAR ŻELAZNEGO
O NOSZENIU WĘGLA I RĄBANIU PODKŁADÓW…
KCYNIA
Kolarskie wirusy.

Zostw komentarz

Informujemy, że strona korzysta z plików cookies - zapoznaj się z - polityką prywatności

© Copyright Bogumił_Głuszkowski | Wykonanie- SEMTIM.PL