O NOSZENIU WĘGLA I RĄBANIU PODKŁADÓW…

PIN

Dzieciństwo i wszystkie wakacje od pierwszej do ósmej klasy szkoły podstawowej spędziłem w Kcyni. Koniec lata to zwykle konieczność zgromadzenia węgla i drzewa na całą zimę. Babcia płaciła, wóz konny przywoził i zrzucał na podwórze a moim zadaniem było przenieś 2-4 ton, w wiadrach, do chlewu. Nie wiem co w tych chwilach bardziej uwielbiałem. Przywitanie z ciepłym, mokrym, spokojnym koniem, który czekał na kostki cukru w dłoni? Kontakt z jego szorstkim, wilgotnym pyskiem, językiem i zębami dostarczał jakiejś niewyobrażalnej ilości odczuć (kto nie karmił konia niech mi zaufa, że to nie to samo co myszka od komputera). Przywitanie z woźnicą a w zasadzie z Jego dłonią? Tu też mierzyłem się z szacunkiem, strachem, zdziwieniem (dłoń była wielka, silna, twarda, szorstka, brudna i równie fascynująca co wiecznie delikatna dłoń Babci). Ładowanie węgla łopatą do wiader..? Sam moment wędrówki z dwoma wypełnionymi po brzegi wiadrami gdy każdy krok był wyzwaniem dla ramion i nóg…? Chwile gdy wysypywałem zawartość wiader na powiększającą się hałdę w chlewie? Chwilę gdy już widziałem kamienne podłoże podwórka wyglądające spod czarnego pyłu pozostałego po węglu? Czy ostatnią łopatę, która ostatecznie kończyła dzieło (na ten dzień oczywiście bo później, w zimowe wieczory, trzeba było wnieść wszystko po schodach do domu, rozpalić i podtrzymywać ogień:-) Chwile gdy zanurzałem się do balii z ciepłą wodą (nagrzaną przez cały dzień na słońcu), aby zmyć z siebie czarny węglowy pył? To kolejne MANDALE, w których cieszyłem się samym działaniem…
Rąbanie podkładów kolejowych i układanie pociętych w drewniane domki z ogromnymi szczelinami dla szybszego schnięcia. Duży, długi, twardy podkład (drewno pod torami kolejowymi) trzeba było przepiłować na dwie lub trzy części. Kążdą z nich dawało się już porąbać wzdłuż. Czasami jedno precyzyjne uderzenie siekiery wystarczyło aby podzielić go na pół. I tak każdą kolejną część aż kawałki można było zacząć układać i suszyć. Jednak nie z każdym kawałkiem było tak prosto. Niektóre wymagały klina lub nawet kilku zanim się poddały. Zwykle przyczyną były sęki. Wtedy ich nie lubiłem! Zabierały czas i energię. Sęki to wrośnięte w drewno pnia części gałęzi o węższych przyrostach rocznych i barwie zazwyczaj ciemniejszej niż otaczające drewno.
Pamiętam gdy pewnego wieczoru siedząc  z babcią przy stole przy jabłeczniku i gorącej herbacie poczułem ciepło ognia na plecach i nagłym przebłyskiem, uświadomiłem sobie, że energia włożona (węgiel, podkłady) wraca do nas. Już nie palę węglem, ale ciągle uwielbiam rąbać drzewo. Myślę, że właśnie dlatego tak nie lubiłem przegrywać, gdy już pozwoliłem wciągnąć się w nurt rywalizacji. NIE BYŁO ODCZUWALNEGO CIEPŁA\ENERGII WRACAJĄCEGO/WRACAJĄCEJ PO WYSIŁKU.

PIŁKA NOŻNA. W latach 70 nie było chyba chłopaka, który nie grał w piłkę nożną. W zasadzie ostatni dzwonek w szkole był zawsze pierwszym na boisku… a ostatniego nie było. Najczęściej mecz kończyły ciemności, gdy trafiało się częściej w piszczele partnerów niż w piłkę (zbyt bolesne dla obu stron, kopiącego i kopanego).

Z tamtych dni pamiętam jeszcze jedno, nienawidziłem czekać! Dlatego gdy piłka wypadała poza boisko, niezależnie od kopiącego i przepisów kto będzie wznawiał, biegającym za nią byłem zawsze JA. Gra była znacznie ważniejsza niż ambicjonalne przepychanki. W tych czasach nie było we mnie ani cwaniactwa, ani wrażliwości, niezbędnych w tej dyscyplinie! Był tylko wiatr we włosach (miałem!:-)), odwaga, szaleństwo, radość, potrzeba, zapamiętanie, egoizm. Nie byłem wybitnym graczem, ale nie wybierali minie na końcu do drużyny a z piłką wiąże się ważna historia…

Pierwszy trening w poważnym klubie, na małej sali gimnastycznej obok siedziby Polonii Bydgoszcz. Trener Stefaniak musiał mieć niezły ubaw gdy w trakcie gry nie trafiłem w piłkę i poznałem znaczenie częstego dla kopaczy sformułowania: „kopać się po czole”. Kiedyś, w końcowej akcji meczu skakałem jako ostani obrońca do główki a mój rywal sięgał po nią nogą obutą w piłkarskie kołki. Jeden z nich przeciął mi powiekę, która trzymała się tylko na dwóch krańcowych koniuszkach. Gdy wróciłem do domu w towarzystwie przestraszonej i przeklinającej na czym świat stoi cały sport pielęgniarką, moja mama i babcia prawie umarły, ale nie to było najstraszniejsze… ociec zabronił mi trenować!
Najpierw wróciłem do naszej umowy, że mogę grać jeżeli będę miał średnią 5,0. Nie było miękkiej gry! Aby to zrozumieć musicie wrócić do tamtych czasów gdy najwyższą oceną była 5. Tak, tak! 6 nie było… podobnie jak marginesu błędu! Ponieważ ojciec uznał, że każdą umowę można rozwiązać, ja uznałem, że z każdego aresztu można i trzeba uciec, szczególnie, gdy czujesz się niewinny. Uciekałem jako chłopiec… wróciłem jako partner do rozmowy, a do tego tematu nie nie wracaliśmy nigdy. Zawsze decydowałem o sobie bo… miałem 5,0. UMOWA TO UMOWA. TYM BARDZIEJ GDY NIE MA PÓŁŚRODKÓW, GDY JESTEŚ FATALNY Z ORTOGRAFII I NIKT NIE MÓWI O MOŻLIWOŚCI ZAŁATWIENIA SPECJALNEGO ZAŚWIADCZENIA. TO BYŁA WŁAŚNIE DEFINICJA RACJONALNOŚCI MOJEGO OJCA…”REALIZUJ PASJĘ, ALE GDY NIE PRZESZKADZA ONA W OBOWIĄZKACH. JEŻELI SIĘ TEGO NAUCZYSZ, BĘDZIESZ LEPSZY W JEDNYM I DRUGIM. JEŻELI NIE MASZ JAJ ABY TO ŁĄCZYĆ, DO 18 ROKU ŻYCIA DLA MNIE, JAKO OJCA, WAŻNIEJSZE SĄ OBOWIĄZKI. PASJA MA POPYCHAĆ DO BYCIA LEPSZYM CZŁOWIEKIEM, MA BYĆ MOTOREM DOSKONALSZEJ CODZIENNOŚCI.”

PIŁKA RĘCZNA. W mojej szkole nie można było nie grać w piłkę ręczną! Nawet ktoś taki jak ja 😉 160 cm wzrostu i 50 kg ciężaru ciała. Tradycja! Mecze, które oglądało się z dachów okalających boisko garaży i balkonów bloku. W zasadzie od 4 klasy szkoły, gdy dostawałeś się w ręce nauczyciela wf (wcześniej zajęcia z nauczycielkami nauczania początkowego) marzyliśmy aby założyć koszulkę naszej szkoły i uczestniczyć w tym święcie. Zaczął się okres gdy mecze piłkarskie musiały poczekać na zakończenie treningu piłki ręcznej (to samo betonowe boisko). Mój nauczyciel na pierwszych zajęciach nie wiedząc, że zwody ćwiczyłem goniąc kury i uciekając przed psami łańcuchowymi zaproponował mi grę jeden na jeden, w której miał zademonstrować idealną twardą obronę. Podał mi piłkę i pofrunął po moim podwójnym zwodzie (nazwę poznałem później) w lewo, a ja dziwiąc się, że to takie proste nawet nie musiałem odchodzić w stronę przeciwną. Dlaczego pokochałem piłkę ręczną? Bo mogłem się mierzyć z większymi od siebie, bo była szybsza od piłki nożnej i pozwalała na częstszy kontakt z piłką a tym samym dawała poczucie wpływu. Tam po raz pierwszy mogłem w większym stopniu decydować o wyniku (z rocznikami starszymi troszkę mniej bo grałem na skrzydle, ale w swoim roczniku na środku rozegrania).

8 klasa i ostani mecz o złoto BOM był pewnym przełomem w moim postrzeganiu siebie przez pryzmat sportu. Do tej pory, kochając moją Babcię często mierzyłem się z Jej „po co Ci ten sport?”, ”mógłbyś w końcu zająć się czymś konkretnym?” (byłem bliski zawodu elektryk, cybernetyk, lub ksiądz 🙂 i właśnie zdałem sobie sprawę, że każdy dawałby bardziej stabilną przyszłość finansową). Jednak ten jeden słoneczny dzień zmienił wszystko! Wyobraźcie sobie, wszystkie klasy od 6-8 zwolnione z innych lekcji, kibice na dachach i balkonach, słowem SWIĘTO (a nie było fb i internetu). Mecz układał się pod nasze dyktando  jednak w ostatnich 3 min straciliśmy kilkubramkową przewagę. Pierwszy raz uczestniczyłem w spotkaniu, gdzie w kilka chwil ktoś próbuje Ci odebrać coś na co tak ciężko zapracowałeś! Jakby nie rozumieli, że to my mieliśmy odebrać złote medale. Nie rozumieli!!! Na 10 sekund do końca dorzucili jeszcze jedną bramkę i podobnie jak my wcześniej, zaczęli myśleć o ceremonii dekoracji. Mój trener, cała ławka rezerwowych oraz kibice płakali… Jakby na chwilę cały świat się zatrzymał. Po raz pierwszy przeżywałem wówczas taki stan, gdy widzisz wszystko wokół jakby w zwolnionym tempie i tylko ty poruszasz się w czasie rzeczywistym. Tomek, który podszedł z piłką na środek boiska przez chwilę się zawahał i nie podawał mi piłki. Tak jakby z niezrozumiałych dla mnie  przyczyn chciał z nią pozostać do ostatniego gwizdka? Wyrwałem mu ją z ręki i przekozłowałem pomiędzy równie zdezorientowanymi co On  zawodnikami drużyny przeciwnej do linii 6 metrów, wyskoczyłem w górę i równo z gwizdkiem zdobyłem wyrównującą bramkę, która dawała nam złoto. W tym jednym ułamku sekundy dwa światy się połączyły… ich zwolniony i mój rzeczywisty. Wszystko stanęło, jak się okazało po to, aby po chwili wybuchnąć szaloną mieszanką radości, niedowierzania, łez! Nie czułem się kimś specjalnym, ale to z jakimi emocjami reagowali ludzie podchodząc do mnie z gratulacjami sprawiło, że już potrafiłem odpowiedzieć Babci „po co mi ten sport”… Coś co samo w sobie było dla mnie spełnieniem było również czymś istotnym dla innych. To wszechogarniające ciepło. Chciałem już robić tylko to!

Do chwili gdy jeden z trenerów, po genialnym dla mnie meczu omówił grę wszystkich a na pytanie kolegi o mnie odpowiedział: „o nim pogadamy za 20 cm”… Z nożnej zrezygnowałem wcześniej, ręczna mnie wypluła.

I znowu straciłem poczuciie wpływu MIMO, ŻE OD ZAWSZE UWAŻAŁEM SPORT ZA NAJBARDZIEJ PRZEJRZYSTY JEŚLI CHODZI O OCENĘ (CZAS, ILOŚĆ BRAMEK, PROSTE JAK FUTERAŁ NA CEPY…). CIĄGLE MOGŁEM WIERZYĆ, ALE NA KOŃCU POZOSTAWAŁA DECYZJA OSOBY TRZECIEJ. NIENAWIDZIŁEM BRAKU POCZUCIA WPŁYWU! Ale ta chwila z ostatniej sekundy trwała nadal i znowu żyłem w świecie dwóch rzeczywistości.

BIEGI. Biegałem odkąd pamiętam. Przez bardzo długi czas moja rodzina miała nawet wątpliwości, czy potrafię chodzić? Jednak nigdy nie uciekałem lub nie goniłem! Nie było we mnie ani strachu, ani agresji. Była tylko radość trwania w ruchu. Może dlatego, takim zaskoczeniem było dla mnie ostatnie miejsce w biegu na 60 m, w pierwszym poważnym sprawdzianie biegowym 4 klasy szkoły podstawowej, gdy przejął nas specjalista WF, wcześniej wspomniany Marian Lewandowski. Nie potrafiłem nic na rozkaz, co z zresztą zostało mi do dziś. Gwizdek, strzał, syrena bardzo mnie stresują zarówno gdy są sygnałem do startu jak i wówczas, gdy każą mi zwolnić bo przekraczam prędkość…
W kolejnych startach na dłuższych dystansach nie było lepiej. Początkowe 600-1000 m zawsze prowadziłem aby na ostatnich metrach dać się wyprzedzić przez Tomka i Leszka. Ocena bardzo dobra nie była dostatecznym zadośćuczynieniem. Zniknęła gdzieś ta niesamowita, „kcyńska” radość z biegania. Pojawiła się rywalizacja.

To były czasy, gdy nie otrzymywało się medali tylko za udział a drugie, trzecie i 150 dziecko w wyścigu musiało sobie z tym radzić, patrz; zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Albo je zaakceptować albo się z nimi zmierzyć. Wybrałem tą drugą opcję bo nikt mi nie powiedział, że wystarczyłoby zamknąć  oczy i „wrócić do Kcyni” a ja bardziej niż 2 miejsca nie lubiłem wkładania mnie do szuflady „waleczny ale bez talentu”.

8  KLASA. W tym miejscu warto zaznaczyć, że jako dziecko miałem zdiagnozowaną krzywicę (taka choroba związana z brakiem wit. D a tym samym z niedoborami wapnia i fosforu. Medycznie mógłbym jeszcze długo opisywać, ale najważniejsze było osłabienie więzadeł i kości do tego stopnia, że w książkach fizjologicznych (które na szczęście zacząłem czytać dopiero w trakcie studiów na AWF) sygnalizowano, że jest ona przeciwskazaniem do wyczynowego uprawiania sportu! Dobrze, że mój ojciec miał własną ocenę tej sytuacji i z jednej strony posłuchał lekarzy gdy chodziło o wyjazdy nad morze dla poprawy mojego stanu, z drugiej na podwinięte żeberka zastosował własną kurację. 20-200 brzuszków każdego dnia od 6 roku życia! Sześciopak i nawyk ćwiczeń został mi do dziś a mam 50 lat! 😉 Choroba wywierała jednak ogromny wpływ na mój rozwój; od 9 – 15 roku życia miałem niezliczoną ilość zwichnięć, skręceń, złamań, tym samym uciekało mi mnóstwo fajnych zawodów, nie wygrywałem, ciągle brakowało mi spełnienia. Nauczyłem się również żyć z bólem i płacić za powrót do realizacji pasji też… bólem. Wtedy naprawiała mnie powiedzmy, „osteopatka”. Inni mówili szamanka, jeszcze inni czarownica. Pomyliła się tylko raz, gdy próbowała nastawiać  podwójne złamanie w śródstopiu myśląc, że to tylko zwichnięcie (jednak nie mam jej za złe gdy przypominam sobie naciągany opis całego zajścia, który Jej przedstawiłem). Zapłaciłem wówczas najwyższą cenę za powrót do tego, co uwielbiałem… ale I TAK JĄ KOCHAM! 😉 Takie były początki. MIĘDZY GŁODEM SPEŁNIENIA, ZŁOŚCIĄ, KTÓRA PRZERADZAŁA SIĘ W AUTODESTRUKCJĘ (wcześniej opisywane złamanie nastąpiło w przypływie wściekłości gdy kopnąłem w półkotapczan, znacie już tą historię), A POKORĄ POWROTU DO SPORTU GDY MIERZYŁEM SIĘ Z POSTĘPEM MOICH TRENUJĄCYCH KOLEGÓW.
I właśnie dla tego tak ważna była 8 klasa. Po czasie bólu i porażek przyszły… oczywiście pierwsze niespełnienia (zawody miłosne, które mnie dotykały i którymi ja dotykałem moje (obdarzone najlepszym gustem) koleżanki…nieświadomie. ALE! W końcu również pierwsze spełnienia, znowu sportowe. Pierwsze związane z piłką ręczną, o których już pisałem. Kolejne to wygrane biegi na 1000 m.

Szczególnie drugi utkwił mi w pamięci. Jechałem na Wojewódzką Spartakiadę Młodzieży jako zwycięzca Bydgoskiej, ale wszyscy uznali, że było ono przypadkowe bo nikt nie potraktował poważnie gościa w wełnianej koszulce z szydełkowym nr 5 i korko-trampkach. No i… zaczęli mnie ścigać zbyt późno. Jednak poważni trenerzy wyciągnęli wnioski i pomimo wątpliwości, które pojawiły się przy wyczytywaniu mojego nazwiska (stałem i odpowiadałem, ale nie było mnie widać zza fotela autobusu) zdecydowali się zrobić ze mnie zająca dla wybitniejszych lekkoatletów. Słowo daję, że byłem wówczas tak zdyscyplinowany (zasługa Babci), że byłem gotów wykonać wszystko co do joty, czyli zgodnie z planem doprowadzić Ich 200 m do mety. Tym łatwiej było mi podjąć taką decyzję, że wszyscy oni byli wysocy, długonodzy i mieli do dyspozycji kanarkowe kolce Adidas (podejrzewam, że patrząc na Nich nieświadomie miałem cały czas otwartą buzię). Ja też oczywiście pożyczyłem kolce ze szkoły, ale myślę, że pamiętały jeszcze okres startów Kusocińskiego, a może nawet On w nich biegał? Zrozumiałym więc było, że jakoś nie chciałem się z nimi ujawniać zbyt wcześnie i natychmiast po strzale startera ruszyłem zgodnie z wytycznymi trenera! Cały bieg był taki bez presji, taki jak przed skokiem do stawu w polu buraków tylko… przy wyjściu na ostatnią prostą zobaczyłem, że plan był dobry, ale się posypał. Zaczął mnie wyprzedzać, ale nie ten, który miał to zrobić tylko Chojniczanin! No Bydgoszczanina bym zrozumiał, bo jak pisałem; wysoki, szczupły, długonogi… bo trener kazał. Ale w zaistniałej sytuacji nie mogłem pozwolić aby stracić tyle energii na marne! I znowu czas się na chwilę zatrzymał Ktoś z trybun krzyknął „Dawaj Piotr!” a On odpowiedział…:”Nie mogę!!!”. Do tego momentu ja też nie mogłem… ale w ułamku sekundy wszystko ruszyło znów, tylko Piotrek pozostał w tym zwolnionym rytmie czasu. Gdy trener patrzył na mnie po przekroczeniu linii mety, przypomniało mi się… ciepło pieca. Od tego czasu sport nie był już wyścigiem. Był próbą panowania nad czasem i energią. Szukaniem stopklatek i jej powrotu. Świadomością, że za moim „nie mogę„ jest jeszcze ogromna przestrzeń, niestety bardzo niewygodna; CZEKANIA na pojawienie się „nie mogę” u tego z kim rywalizuję.

Powoli uczyłem się kochać ten nielubiany przez innych fragment siebie. Powoli rozszerzałem to terytorium. Taki „grunt za free”, o który nikt nie zabiega, bo nie patrzy co rozpościera się za nim. Bo zwykle, ludziom brakuje wyobraźni, szczególnie gdy mają jej używać gdy boli, gdy jest ciemno i straszno (o tym w następnym wpisie), i gdy wydaje Ci się, że możesz stracić życie…

Błogosławiony Pan BÓL.
Błogosławione Panie PORAŻKI.
Błogosławiona WĘDRÓWKA W POPRZEK „między słojami”.
DOPIERO Z PERSPEKTYWY CZASU BYŁEM W STANIE OCENIĆ, ILE MNIE NAUCZYLIŚCIE. TYLKO DZIĘKI WAM, MOGŁEM TYLE RAZY POCZUĆ TEN CUDOWNY ZWROT ENERGII.


Kochana Babciu …
To Ty namawiałaś moich rodziców do imienia Bogumił.
Miałem być „miły Bogu”!
Kiedy Cię kiedyś zapytałem na czym polega ta miłość, gdy mierzyłem się ze złamaną w dwóch miejscach piątą kością śródstopia odpowiedziałaś, że na zakładaniu kolejnych krzyży na ramiona. Wiesz, ja to nawet polubiłem i zrozumiałem co miałaś na myśli. Nawet nauczony doświadczeniami z podwórka i boiska zacząłem zdejmować krzyże z pleców innych ludzi oczywiście kierowany… no właśnie czym!?
Wtedy myślałem, że to właściwe! Do momentu aż zobaczyłem, że ktoś za kogo nosiłem cegły w cegielni bo przyszedł do pracy po pijaku  do końca dnia już się nie obudził, po czym na końcu miesiąca odebrał pełne wynagrodzenie. Powtarzał to w każdy poniedziałek a ja nie mogłem zareagować do momentu aż zacząłem nosić dwie cegły w jednej dłoni. Zrozumiałem co oznacza ”dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane”. Teraz wydaje mi się, że bardziej „słabością i niekompetencją tych, którzy widzą, pozwalają i nie reagują”. Jednak wtedy sam mierzyłem się z własnymi krzyżami, sam (czasami z głupoty) zakładałem cudze, po to aby być „fajnym”. Dziś mimo 50 lat czuję się jakoś dziwnie, bo nasi ziemscy bogowie w imię nowej religii „medyCYNIZMU” uzurpują sobie prawo do dowolnego zdejmowania i nakładania nam na plecy obciążeń według sobie tylko znanych kryteriów. To zarządzanie jednym palcem wskazującym jest dla nich tak ciężką i niewdzięczną pracą, że niezależnie od tego, że są bogami i powinni być wolni od doczesnych trosk, podwyższają swoje wynagrodzenia! Chociaż, w pewnym sensie nawet to rozumiem! Ja nie ogarnąłbym za żadne pieniądze decyzji, kto żyć powinien a czyje życie jest mniej istotne i nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Czyje życie złożyć na ołtarzu politycznej poprawności, a w zasadzie właściwszym byłoby użyć sformułowania… skuteczności.

Kochana Babciu…
Uczyłaś mnie innego świata!? 
„Świat był i jest taki od zawsze. Tylko boga sobie innego wybraliście a jego kapłani mają narzędzia aby można go było sztucznie powiększyć. Tym samym strach jest większy. I troszkę więcej czasu zajmie Wam wyzwolenie się z niego. Decyzja należy do Ciebie. Czy chcesz to przespać, czy każdego dnia będziesz mu spoglądał w oczy?
Przecież to potrafisz najlepiej.”

Może Ci się spodobać
PAPIERÓWKI
KOSZMAR ŻELAZNEGO
KCYNIA
Kolarskie wirusy.

Zostw komentarz

Informujemy, że strona korzysta z plików cookies - zapoznaj się z - polityką prywatności

© Copyright Bogumił_Głuszkowski | Wykonanie- SEMTIM.PL