Kolarskie wirusy.

PIN

… kochany systemie. Właśnie wkroczyłeś w moją strefę! A ponieważ wcześniej zabrałeś mi moją białą koszulę (czytaj dalej), nie mam już nic do stracenia?… NIE!… teraz mam już do stracenia WSZYSTKO!
Wiem, że nawet nie zauważysz, ale podniosłem rękawicę…

Moje sportowo – życiowe refleksje, czyli o wirusach INACZEJ.

Od dzieciństwa mierzyłem się refleksją. Dla tych, którzy nie rozumieją tego słowa, wyjaśnię. To taka dziwna przypadłość, każdą chwilę oglądasz jeszcze raz i oceniasz, czy można było zrobić coś lepiej, inaczej? Gdy byłem dzieckiem, stać mnie było na perspektywę „tej” chwili lub kilku minut. Z każdym kolejnym rokiem dojrzałości, dodawałem kolejne perspektywy dni, tygodni i miesięcy. Było mi coraz ciężej, ale nie potrafiłem się od tego wyzwolić! Nie znałem wówczas słowa „spójność”, ale myślę, że odczuwałem to jako uśmiech… w trakcie, zaraz po, po chwili i wówczas kiedy przypominałem sobie scenę po jakimś czasie. Gorzej było, gdy już po kilku sekundach wstydziłem się poprzedniej chwili, a najgorzej, gdy z każdym kolejnym przypomnieniem wstyd był większy! Aby w pełni zrozumieć niebezpieczeństwo tej przypadłości, musimy cofnąć się do Kcyni, w której przyszło mi dorastać.
1… W trakcie kolędy zapytałem Babcię, czy ksiądz może jeść więcej niż ja? Pytanie było bardzo poważne a wręcz teologiczne, bo poprzedniego dnia Babcia zabroniła mi zjeść drugą „blachę” jabłecznika, powołując się na jeden z grzechów głównych; „NIEUMIARKOWANIE W JEDZENIU I PICIU”. Nieopatrznie dodała jeszcze „i będziesz gruby”. Sami rozumiecie, że gdy zobaczyłem księdza z tak wielkim brzuchem, że opierał na nim złożone ręce i książkę do nabożeństwa, musiałem zapytać. Ksiądz się zdenerwował; „Pani Michalska musi Pani porozmawiać z wnukiem!”. W tym momencie było mi przykro ze względu na Babcię. Po chwili już mniej, gdy Ta odpowiedziała; „…Dlaczego?…żarcie nie jest już grzechem?”. No i nastąpiła niezręczna cisza. Przez moment nawet było mi przykro ze względu na księdza, ale… to była tylko sekunda. Gdy ksiądz opuścił nasz dom, dumny z siebie podszedłem do Babci, ale Ona, nie wiedzieć dlaczego, nie podzielała mojej dumy ze znajomości katechizmu i rzuciła tylko: „Musiałeś? Nie licz na jabłecznik!”. Była twarda!… I zrobiła sernik. To taka refleksja, która za każdym następnym odtworzeniem w pamięci przynosiła coraz więcej uśmiechu.
2… Piątek, piąteczek, piątunio 1979. Czekam na Mamę, która się spóźnia a mamy wyjechać do Kcyni! Najważniejszy wyjazd w tygodniu dla nienawidzącego szkoły 9 latka (bo żywy ogień w piecu, bo placki, wolność biegania na boso, bo więcej drzew, proca, konie na oklep, bo… wszystko tam było lepsze niż w dużym mieście! A Ona ciągle nie przychodzi. To nie była złość. To była WŚCIEKŁOŚĆ! Nienawidziłem (to mi pozostało do dziś) BEZRADNOŚCI! Kopnąłem z całej siły w najcudowniejsze dziecko polskiej myśli meblarskiej lat siedemdziesiątych; półko-tapczan! Bolało, ale nie potrafiłem ocenić czy płakałem z bólu, z bezradności czy ze wściekłości, że nie pojedziemy. Kiedy jednak się udało, po drodze noga spuchła już na tyle, że trzeba było powędrować do kcyńskiej uzdrowicielki. Była cudna! Zawsze mnie leczyła, ale ten jeden raz nie ogarnęła! Myślę, że w dużej mierze ze względu na to, że mi bardzo ufała a mój opis zdarzenia był… bardzo daleki od rzeczywistości. A ja pomimo, że cierpiałem gdy dotykała mojej pękniętej kości śródstopia nie przyznałem się. Ból świadomości mojej głupoty był większy niż ten fizyczny. Tego ciągle się wstydzę… KŁAMAŁEM ZE STRACHU i trudno było mi się przyznać do tak gwałtownej i nieadekwatnej reakcji, a jeszcze bardziej do krańcowego ZAŚLEPIENIA i GNIEWU na mamę.
3… W Kcyni nauczyłem się , że jeżeli ktoś ingeruje w Twoją strefę za bardzo i po pierwszej Twojej uwadze nie reaguje, to najpierw go „pierzesz„, dopiero później tłumaczysz. Tak zrobiłem, gdy pewien chłopak ukradł mi spodenki adidasa ze sznura, gdy suszyły się po praniu. Dowiedziałem się od kumpli, że był na tyle głupi aby nosić je w malutkiej Kcyni! Nie widziałem go na ulicy, ale wystarczyła opinia kolegów aby grzecznie zapukać do jego domu, jeszcze grzeczniej zapytać matkę, która otworzyła drzwi o Piotra. Nieświadoma niczego poszła po niego uprzedzając tylko, że czeka bardzo grzeczny kolega. Zmieniła zdanie po dwóch minutach, gdy wrócił do mieszkania z ‚limem.’ Poprosiłem o oddanie spodenek i przedstawiłem konsekwencje. Jednak jedno limo mu nie wystarczyło. Musiałem czekać tydzień do meczu piłki nożnej z poprawczakiem aby… ściągnąć mu z tyłka moją własność bo nieopatrznie przechodził obok. W tamtej chwili byłem przekonany, że to tylko sprawiedliwość! Później gdy przyglądałem się sobie znowu wstydziłem się GNIEWU, który mi towarzyszył gdy go prałem a jeszcze bardziej tego, że nie potrafiłem nad nim panować.
4… W Bydgodszczy próbowali mnie cywilizować. Wiecie… szkoła i bzdety, że nie wolno Ci oddać gdy ktoś cię uderzy tylko powinieneś o tym powiedzieć Pani. Nieważne, że Ona nie uczestniczyła w zajściu. Od pierwszej takiej sytuacji, zastanawiałem się, czym dysponuje nauczyciel lub później sędzia, że na podstawie często krańcowo różnych opowieści dwóch
stron, miałby odnaleźć prawdę ?!… Oczywiście odezwą się znawcy, którzy wykrzykną, że prawo to nie prawda, tylko ocena na podstawie faktów, które można udowodnić. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale gdy tylko zakładałem białą koszulę to bardziej się nad nimi zastanawiałem a nawet gotowy byłem wierzyć do czasu, gdy wracając po zmroku od siostry mojego Ojca stałem na przystanku autobusowym. Pech mój polegał na tym, że bardzo blisko odbywała się dyskoteka. Z niej właśnie na przystanek wyszło kilku chłopaków. Szybko mnie zobaczyli (pewnie ze względu na białą koszulę…taki sterylny , czysty chłopiec). Gdy podeszli miałem chwilę na szkolną analizę co wolno a czego nie wolno, co powinienem a czego nie. Nie uwierzycie, ale najważniejszym jej składnikiem było obliczenie szans przetrwania w nieskazitelnej czystości i idealnym stanie mojej białej koszuli! W tym momencie dotałem strzała a oni weszli do autobusu jakby nigdy nic, śmiejąc się zza zamkniętych szklanych drzwi.
STRACH… Bałem się o białą koszulę, o to jak będę wyglądał po walce. W Kcyni nigdy o tym nie myślałem!? W Kcyni nigdy się nie bałem!? Ale w Kcyni nikt mnie nie zaczepił w odświętnej koszuli! STRACH pojawił się po raz pierwszy gdy miałem coś do stracenia. Wstydzę się coraz bardziej, gdy przypomina mi się ta historia i… policzek piecze tak samo… nawet bardziej! System zabrał mi moją intuicję i naturalność. Nałożył ciężar obawy przed stratą, w zamian pozostawiając na policzku pięć palców troglodyty.

Dlaczego o tym piszę? Aby pokazać pewien kontekst pytania, które mnie zwykle nurtowało. Tzn; czy jestem w stanie zapewnić sobie gwarancję adekwatności wobec każdej sytuacji, która mnie spotkała?

Odpowiedzi po raz kolejny udzieliło mi kolarstwo. Ale to kolarstwo dojrzałe, ze środka grupy, w której nie jesteś ani za silny ani za słaby, ale już stać Cię na refleksję. Zauważyłem otóż, że gdy zaczynam wracać do ścigania w grupie jestem zwykle nieco spięty sumą z każdym rokiem coraz większej ilości doświadczonych lub tylko widzianych kolizji, wypadków, szlifów, złamanych obojczyków czy rąk. Z każdym rokiem dźwigam coraz więcej obowiązków w pracy, które co prawda zapewniają mi lepszy byt oraz możliwość zakupu wymarzonego sprzętu, ale to z kolei, zamiast pomagać, nakłada kolejny stres STRATY czy to kontraktu czy to sprzętu. Tym samym moje reakcje są naznaczone coraz większą ilością niezdefiniowanego strachu, NAPIĘCIA i NIEADEKWATNOŚCI. Jednak z każdym następnym wyścigiem sezonu zauważam, że poziom napięć spada. Proces ten jest tym szybszy, im więcej udaje mi się przejechać świadomych kilometrów, im więcej mam zaufania do siebie i im mniej pozostaje we mnie strachu przed STRATĄ czy przed BÓLEM. Nie potrafię wyjaśnić czy to kilometry rozładowują napięcia związane z pracą, czy zwyczajnie bez napięć łatwiej mi rozwiązywać do tej pory wydawałoby się nierozwiązywalne problemy, czy może wiele z nich wymagało tylko czasu bez mojej obecności, aby rozwiązały się same? Na własne potrzeby nazywam ten czas „oswajaniem szalonych zmysłów”. Aż przychodzi taki wyścig, w którym MÓZG sam decyduje, że ciało nie ma napięć, że nie ma we mnie strachu i tym samym nie jest mi ON potrzebny. To takie magiczne dni, gdy poddaję się chwilom a oswojone zmysły przekazują informację bezpośrednio do mięśni, które nie są opóźniane centralnym zarządzaniem mózgu. Wówczas na wszystkie dotychczasowe, trudne sytuacje reaguje w sposób bardzo subtelny i adekwatny, wielu wręcz nie zauważam bo jestem tylko 6cm pod pępkiem wewnątrz miednicy a moje ciało, które odczuwa to jako pełne zaufanie reaguje zawsze właściwie. Każdy ten stan określa po swojemu; „bez myśli”, „gładka tafla wody”. W gruncie rzeczy nie ma znaczenia definicja, ma znaczenie, że go czujesz. Po tylu latach w sporcie cały czas nie nauczyłem się jednak uzyskiwać go na zawołanie. Czasami mam wręcz wrażenie , że on przychodzi kiedy chce a w zasadzie, gdy tylko otworzysz mu drzwi do siebie i masz cierpliwość, aby poczekać gdy nie puka od razu. Mały drobiazg! Najpierw musisz przygotować ciało! Przychodzi tylko do ciał w idealnej równowadze pomiędzy stanem napięcia a rozluźnienia. I to właśnie jest sztuka dostrzegania niuansów, którą zdobywasz codziennie ją doskonaląc. Innymi słowy to nie sama siła, szybkość, wytrzymałość czy elastyczność tworzą ten stan, tylko ich proporcje… kompozycja! Tak jak każdy obraz ma swój środek ciężkości ze względu na kształty, kolory, fakturę, ramę czy otoczenie, w którym przychodzi mu zawisnąć, tak my powinniśmy uczyć się stawiać ten punkt w zależności od kontekstu (dyscypliny czy przestrzeni zawodów).

Wydawało mi się, że już wszystko zrozumiałem, aż do momentu gdy do peletonu zaczęli wjeżdżać zawodnicy, którym pomagałem w treningu. Największym jednak wyzwaniem stały się moje dzieci! Całą drogę trzeba było przewędrować od nowa z tą tylko różnicą, że STRACH był 100x WIĘKSZY! Zacząłem rozumieć rodziców, którzy nie pozwalali dzieciom na stanie na rękach, przewroty w przód, że nie wspomnę o skoku przez skrzynię na moich lekcjach wf. Prawie zrozumiałem mamy, które z babciami w szatni męskiej wycierają dwoma ręcznikami tyłek i ptaka chłopca, czy te, które odpowiadając za syna „dzień dobry” dziwią się, dlaczego trener zwraca uwagę ich dzieciom („przecież odpowiedział…moimi ustami!”)? Jednak byłem konsekwentny. Powoli, ale systematycznie wprowadzałem ich do peletonu, cierpiąc przy tym na każdym gwałtownym hamowaniu grupy, kontakcie ramię w ramię z innymi zawodnikami. Nie chcecie wiedzieć co czułem podczas kraksy w peletonie!? Jednak znów, każdy kolejny wyścig uświadamiał mi ich przygotowanie i budował zaufanie tym razem do ich umiejętności! Wraz z Nimi, z kolejnej perspektywy przyszło mi zrozumieć, że nie mamy wpływu na to co nas otacza a tylko na siebie i tym samym na sposób w jaki na to otoczenie reagujemy.

I tutaj mały wtręt o wirusach… podobnie jak w peletonie są kolarze neutralni, są niebezpieczni świadomie i nieświadomie, są agresywni i wycofani… nie mamy wpływu na ich zachowanie.
Możemy się tylko nauczyć reagować budując przy tym taką siłę, aby jechać przed grupą lub tak wysoką samoocenę, aby jechać na końcu. Z naszymi dziećmi jest tak, że albo nauczymy je reagowania nawet kosztem kilku szlifów albo wycofamy z wyścigu wsadzając do zakupionego przez nas auta bo to „bezpieczniejsze”. I tu zaczyna się się problem naszej współczesnej edukacji. Nie chcemy aby nauczyciele narażali nasze dzieci na stresy bycia na granicy siebie a tym samym cierpienie emocjonalne czy fizyczne, aby po kilku takich próbach stały się odporne. My chcemy gwarancji, że to nasze dziecko będzie albo najlepsze albo przynajmniej nie będzie go bolało (dysleksja, dysgrafia, zwolnienie z wf… wszystko aby tylko nie było mu ciężko i aby mieć gwarancję, że nie będziemy musieli z nim pracować).

I tak dotarliśmy do mojego najtrudniejszego wspomnienia.
Byłem (bo zawsze marzyłem o tym aby być) nauczycielem WF i nie reagowałem gdy marginalizowano mój ukochany przedmiot, gdy obcinano inne „prawo półkulowe” przedmioty. Nie tłumaczy mnie, że nie rozumiałem wówczas tak wiele i byłem grzeczny (nawet wobec matki na wywiadówce, która mnie przekonywała, że pot na twarzy jej córki, który niszczy makijaż nie jest zgodny z programem). Zwyczajnie poddałem się. Przyglądałem się gdy zastępowano plastykę, muzykę, zajęcia techniczne kolejną lekcją matematyki, historii czy religii… Nie potrafiłem przekonać, że nawyk budowania prostego kręgosłupa fizycznego, jest pierwszym krokiem do budowania kręgosłupa moralnego , że bez nich sam szybki wzrost (ciała czy gospodarki) jest niczym i prędzej czy później doprowadza do skrzywienia, bólu i strachu. Pozwoliłem, że jednych wepchnięto pod stół a wyróżnieni zasiedli za nim. Ci z dołu patrzą w ekran TV, Ci z góry w komputer, ale przez różne kolory okularów. Jedni i drudzy bez doświadczenia ciała potrafią tylko warczeć. Górnym brakuje nawyku patrzenia co i kto jest pod stołem, bo to wymagałoby ugięcia nóg w kolanach, a tym samym realnej pracy mięśni… ich bólu. „Dolni”, nawet gdyby odsunąć stół, tak bardzo przywykli do skurczonej pozycji, że nie są w stanie się wyprostować. Niektórzy mają nawet skrzydła, ale używają ich do zamiatania podłogi. Po dwudziestym roku życia próba ich wyprostowania jest już prawie niewykonalna! Jeżeli prawdą jest, że mamy tylko dwie prawdziwe motywacje: miłość i pieniądze, to zastanawiam się, ile trzeba byłoby zapłacić albo co tak bardzo kochają aby chcieli mimo wszystko stać prosto? Aby mieli odwagę, spoglądając sobie w oczy zrozumieć, że nie różnią się poglądami tylko POZIOMAMI!
Nie wiem, czy jesteśmy w stanie się wyprostować, nie wiem czy konformizm, hedonizm i STRACH przed stratą pozwoli nam na choćby próbę, ale nawet jeżeli nie…
Nie popełniajmy naszego/mojego największego błędu chociaż wobec naszych dzieci!
Nie zabierajmy Im ciała!
Nie wmawiajmy Im, że świat można ratować siedząc w domu przed ekranem telewizora (chyba, że w przyszłości liczymy na założenie organizacji kombatanckiej „Ratujących świat z fotela z piwem i chipsami w ręku”).
Nie wpędzajmy Ich w poczucie winy, że poszły do szkoły lub na trening i naraziły swoich najbliższych (bo w przyszłości to One będą mogły zarzucić nam, że nie daliśmy Im szansy na właściwy rozwój, a zamiast tego dostały strach i wyrzuty sumienia)!
Oddajmy Im szkołę, lekcje WF, muzykę, plastykę, technikę.
Oddajmy im drzewa i płoty.
Podarujmy Im zdarte kolana, mokre skarpety i brudne spodnie. Nie bójmy się nawet złamanych rąk czy nóg (dlatego tak cudownie się regenerują aby miały możliwość na takie doświadczenia).
Gwarantuję, że jeżeli zrobimy ten jeden, odpowiedzialny ruch, dzieci nie tylko poradzą sobie lepiej z matematyką, polskim czy historią. Ogarną również Boga, ALE W SOBIE (i religia nie będzie Im do tego potrzebna). Ogarną również nawet swoją seksualność (pokochają swoje ciało… łatwiej będzie o szacunek dla cudzego)! Dodatkowo poradzą sobie z hejtem, bo zrozumieją, że nie ma znaczenia jak ktoś uderza/co pisze tylko jak reagujesz i czy rozumiesz ból. Wreszcie, przynajmniej otrzymają szansę na zmierzenie się ze sztuczną inteligencją! Doskonaląc komputery zapomnieliśmy, że możemy z nimi przegrać lekceważąc konieczność doskonalenia siebie. Zapomnieliśmy o ciele a właśnie ono jest żródłem doświadczeń, które doskonalą naszą prawą półkulę, a ta jest podstawą procesu tworzenia. No i banał, informatyk z krzywym kręgosłupem fizycznym i moralnym może stworzyć tylko „skrzywioną” sztuczną inteligencję. Przy braku dbałości o ciało może się okazać, że nie zdąży z jedynym i ostatecznym rozwiązaniem gdy coś pójdzie nie tak… z wyciągnięciem wtyczki z kontaktu. Jeżeli nie nauczymy dzieci, że największą wartością jest dyscyplina tworzenia siebie na wszystkich
możliwych płaszczyznach i konieczność weryfikacji w często ryzykownych przedsięwzięciach, wytniemy im WOLĘ i ODWAGĘ. Jeżeli zabierzemy Im kulturę i sztukę, stracą umiejętności rozumienia kompozycji, tym samym zgubią umiejętność określania własnego środka ciężkości a w przyszłości równowagi w rozmowie czy związkach i nie zastąpią tego żadne „ekselowskie tabelki”, testy czy porady równie zagubionych
„pseudonaukowców”. Brak kompetencji tych ostatnich to jednak najniższy wymiar kary dla aktualnego i przyszłego świata. Większym problemem (i już teraz to rozumiem) są ich krzywe „kręgosłupy”. Obojętnie czy mówimy o nauczycielach, lekarzach (on-line, bez powołania, przez telefon), biznesmenach (bez wyobraźni), naukowcach (na zlecenie), duchownych (bez Boga) czy politykach (bez poczucia służby). Bez prostego kręgosłupa, silnych mięśni, zbudowanych na bazie nudnej dyscypliny codzienności oraz
bez świadomości, którą można zdobyć tylko na trudnej drodze, są drewnianymi marionetkami wystruganymi do wyznaczonej im roli. Nie dziwi ich strach przed wymianą na inną marionetkę. Dla pozostania na tych samych sznurkach są gotowi na każdą sztukę wyreżyserowaną na górze. Myśl o jakiejkolwiek samodzielności przeraża tak bardzo, że lepiej zaakceptować rękę, która skróci sznurki niż zaryzykować zerwanie więzów, bo poza sceną trzeba będzie zrezygnować z porad on-line zawartych w scenariuszu na rzecz bezpośrednich kontaktów z żywymi do tej pory widzami, a w tym nowym świecie klientami. Scena marionetek jest super bezpieczna. Wszystkie kwestie są rozpisane a błędy zawsze zrzucamy na…lalkarza. Tylko na końcu jej dni, lalce przychodzi stanąć przed lustrem i wówczas tłumacząc się przed sobą ze swojej egzystencji (bo nie z życia), wścieka się, że lalkarzy miała do dupy! Niektóre lalki w takiej chwili mają refleksję i krzyczą do młodych „uciekajcie, walczcie!” a inne – niczego nienauczone, skamlą o pomoc. W teatrze zawsze brakowało mi tego dreszczyku emocji związanych z prawdziwą adrenaliną, konieczności zmierzenia się z czymś / kimś, za sprawą czego wynik nie byłby oczywisty. Odnajdywałem to to tylko na zawodach sportowych jako najjaśniejsze odbicie pierwotnego kapitalizmu.
Odnajdywałem to tylko w mojej ukochanej Babci:
„…pamiętaj, nie daj sobie wmówić, że jesteś odpowiedzialny za kogoś więcej niż za siebie!
…pamiętaj, zawsze będę obok gdy się przewrócisz, ale nie podam Ci ręki bo wstawać musisz sam!
…pamiętaj, nie szukaj pomocnych dłoni bo szybko się do nich przyzwyczaisz a wreszcie ich zabraknie!
…nie podejmuj decyzji ze względu na mnie czy na rodziców, tylko ze względu na siebie. My już swoje życie przeżyliśmy po swojemu i chcemy sami ponosić za nie odpowiedzialność…
…pamiętaj, że aby się tego nauczyć musisz swoje życie przeżyć po swojemu, nie po mojemu. Ale do czasu aż nie zaczniesz zarabiać na siebie, będę pilnowała mycia rąk przed jedzeniem, Twoich prostych pleców przy stole, abyś zasłaniał usta gdy kaszlesz lub nos gdy kichasz, żebyś sprzątał po sobie!”

Kochana Babciu!
Katechizm zna każdy. Jednak Ty nauczyłaś mnie go przestrzegać.
I tego, że nikt, nawet ksiądz, nie może ani mi, ani Tobie mówić jak mamy żyć jeżeli sam nie przestrzega zasad.

Komentarzy (1)

  1. Krzysia

    Październik 17, 2020 at 17:24

    Dziękuję za ten tekst! Wzruszona.

Zostw komentarz

Informujemy, że strona korzysta z plików cookies - zapoznaj się z - polityką prywatności

© Copyright Bogumił_Głuszkowski | Wykonanie- SEMTIM.PL